Pages Navigation Menu

Codziennie najświeższe newsy - 24/7

Recenzja Miley Cyrus & Her Dead Petz (2015)

Recenzja Miley Cyrus & Her Dead Petz (2015)

Data premiery: 30.08.2015

Gatunek: alternatywny pop, elektronika, psychodelia

Single: Dooo It!

Miley Cyrus to bez wątpienia jedna z najpopularniejszych i najbardziej kontrowersyjnych gwiazd show biznesu. Z pewnością każdy z Was pamięta jej dziwaczne występy u boku karłów, wszelkie odważne sesje, czy niezwykle urzekające wyznania na temat orientacji. Jeśli chodzi o moje zdanie na temat tej dziewczyny to również nie jest ono zbyt pozytywne… Nie przeszkadza mi to, jednak w słuchaniu i uwielbianiu muzyki, którą tworzy Cyrus. Po wyjątkowo dobrym krążku Bangerz przyszedł nareszcie czas na jej najnowsze wydawnictwo. Wydawnictwo, jakże dziwne nazwane Miley Cyrus & Her Dead Petz promowane było singlowym numerem Dooo It!, którego klip do tej pory tkwi w mojej pamięci i (na nieszczęście) raczej szybko jej nie opuści. Wróćmy, jednak do samego albumu, który całkowicie mnie zaskoczył…

Na początek wita nas wymieniony wyżej singiel Dooo It! Piosenka jest totalnie dziwaczna, chora, ale co z tego skoro przy tym wszystkim jest również naprawdę świetna. Numer jest niebanalny, oryginalny i do tego taneczny i wpadający w ucho, co z pewnością zapewni popularność całemu materiałowi. Dalej, co jest dość ciekawe mamy do czynienia głównie ze spokojnymi, wzruszającymi balladami, podsyconymi interesującą elektroniką, których po tak otwartej, nieposkromionej wokalistce trudno było się spodziewać. Pierwsza z nich to Karen Don’t Be Sad, która zauroczyła mnie już od pierwszych sekund słuchania. Miley miesza tu delikatny, bajkowy klimat z łagodnymi, synth-popowymi brzmieniami, co razem stworzyło naprawdę romantyczny i chwytający za serce numer. The Floyd Song (Sunrise) to kolejna podroż po baśniowym świecie, stworzonym przez pannę Cyrus, z tym, że tym razem piosenka wydaje mi się, jeszcze przyjemniejsza. Dosłownie mam wrażenie, jakby od numeru na kilometr biła fala ciepła, słońca i spokoju. Jakby artystka swoim wykonaniem przeniosła mnie w zupełnie inny, o wiele wspanialszy świat.

Nowy krążek Miley to z całą pewnością wyjątkowy album w całej działalności młodej gwiazdy. Po pierwsze krążek został napisany i wydany przez samą Miley , bez pomocy wytwórni płytowych, co już świadczyło, że na nagraniach nie będzie się ona musiała sugerować nikim i niczym i w końcu pokażę prawdziwą siebie. Po drugie dziwi również ilość kawałków, których na zwyczajnym albumie mamy około 11, tu natomiast jest ich, aż dwa razy więcej! Wytwórniom przeważnie jak najbardziej zależy na okrojeniu materiału, by wyrzucić z niego wszelkie słabsze pozycje (co nie zawsze się udaje), ale przede wszystkim by nie zanudzić słuchacza milionem numerów. Tu jest inaczej. Cyrus zmieściła na płycie 23 nagrania, więc z pewnością ukazała na krążku wszystkie utwory, które wydawały jej się ważne. Po trzecie i chyba najważniejsze trzeba przyznać, że piąty, studyjny album Miley (w odróżnieniu od jej poprzednich płyt) nie jest dla wszystkich! Czuć i słychać, że wokalistka pisząc kawałki starała się w większej kwestii skupić na tym, by nadać każdemu utworowi część siebie i przekazać w nich różne uczucia,a nie tylko by piosenek dobrze się słuchało. Często razi tu wokal Miley (fałsze, wykrzyczenia), który z całą pewnością nie sprawdzi się w radio, zbyt duża ilość ballad, które na dłuższą metę mogą zamęczyć fana czysto komercyjnej muzyki i brak energii w nagraniach, bo o jakąś prostą, imprezową kompozycja rodem z Bangerz naprawdę tu trudno. Mamy za to kawałki z pogranicza elektroniki, popu, alternatywy, R’n’B, a nawet psychodelii, czyli kompletną mieszankę wybuchową…

W tym miejscu tradycyjnie wymieniam kilka kawałów, których na albumie nie potrafię wprost znieść – Tu niestety będą miał z tym problem! Po za Something About Space Dude, które choć posiada swój unikatowy klimat, odrzuca mnie niestety ciągłą monotonią i brakiem jakiegokolwiek rozwoju w warstwie muzycznej nie potrafię wskazać innych wad krążka. Jeśli natomiast, chodzi o zalety to zdecydowanie jest ich tu dużo więcej. Nie mogę wprost, przejść obojętnie obok takiej perełki jak przepiękne BB Talk, w którym Miley jednocześnie ukazuje swoje pazury, zdradzając własne „przemyślenia”, a równocześnie śpiewa w przepiękny, magiczny sposób, uwodząc słuchacza swoim głosem i życiowym, ludzkim przekazem. Warto również wspomnieć o moim zdecydowanym faworycie, czyli niesamowitym Cyrus Skies, który wydaje się dosłownie żywcem wyciągnięte ze ostatniego solowego krążka Lady Gagi (Miley, dzięki swojej chrypce właściwie brzmi jak Gaga). Piosenka jest mroczna, depresyjna i od pierwszych sekund trwania wciąga słuchacza w swoją trudną, pełną grozy i napięcia historię. To nagranie według mnie nie ma już nic wspólnego z popem, bardziej z przemyślaną i pełną dojrzałości alternatywą. Podobne odczucia mam co do piosenki Evil is but a Shadow, która ze swoją melancholijną elektroniką, uzupełnioną elementami folku przywodzi na myśl najczarniejsze chwile w życiu każdego człowieka, ale jednocześnie zawiera w sobie pewnego rodzaju spokój i obietnicę ukojenia.

Jeśli, natomiast ktoś tęskni za bardziej przebojową Miley z czasów Bangerz to polecam przesłuchać track Bang Me Boks,w którym artystka flirtuje z klimatami R’n’B , mieszając je z tanecznymi, elektronicznymi dźwiękami, przez co numer nie tylko jest interesujący, ale również niezwykle melodyjny i wpadający w ucho. Miłośnikom szybszej muzyki z pewnością przypadnie do gustu również taneczne z elementami psychodelii 1 Sun (znowu przywodzące na myśl Artpop Gagi). Polecam, także zapoznanie się z jednym z trzech przerywników z płyty – Miley Tibetan Bowlzzz. To wprost kosmiczny, krótki numer, w którym artystka w mistyczny sposób wyśpiewuje kolejne frazy w otoczeniu niebiańskiej, medytacyjnej muzyki. Krążek zamyka, jedna z najpiękniejszych kompozycji w tym zestawieniu – Twinkle Song. Miley otwiera się przed ludźmi i opowiada im o swoich marzeniach – o tym, czego pragnie i jak bardzo do tego dąży. Z pewnością jest to ballada, która z miejsca doprowadzi każdego do łez i zmusi do refleksji, a jej końcówka wywoła „ciary”…

Podsumowując: Album Miley Cyrus to, chyba największe zaskoczenie ostatnich kilku lat, jeśli chodzi o muzyczny świat. Artystka miesza tu swoją dawną przesłodzoną postać Hannah Montany z pewną siebie i kontrowersyjną Miley Cyrus i tworzy coś niezwykłego. Nie wiem na, ile płyta odniesie komercyjny sukces, ale jeśli chodzi o artystyczny to moim zdaniem powinna ona otrzymać co najmniej PLATYNĘ!

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *