Pages Navigation Menu

Codziennie najświeższe newsy - 24/7

Recenzja Years & Years – Communion (2015)

Recenzja Years & Years – Communion (2015)

Muszę uczciwie przyznać, że jeszcze niedawno nie miałem zielonego pojęcia o istnieniu grupy Years & Years. Nic więc dziwnego, że gdy usłyszałem, że wydają oni debiutancką płytę nie byłem szczególnie zainteresowany, czy przejęty – tym bardziej, że nie należę do fanów wszelkiego rodzaju mocno przekombinowanej, elektronicznej muzyki. Po płytkę sięgnąłem tak naprawdę z obowiązku, bo wiadomo, skoro pojawiła się jakaś nowość na rynku to w związku z prowadzeniem bloga muzycznego trzeba było się zmusić i ją przesłuchać. No więc przesłuchałem i co? No właśnie sam nie wiem…

Naszą przygodę po mocno elektronicznym, nowatorskim świecie rozpoczynamy od oryginalnego Foundation. Według mnie z pewnością nie można zaliczyć tego nagrania do zwykłych „piosenek”, dlatego że wokalista przez większość czasu trwania numeru monotonnie i bardzo delikatnie wyśpiewuje (a raczej recytuje) dane frazy, dopiero na końcu dodając do głosu więcej energii. Ogólnie to naprawdę ciekawa, mroczna pozycja z psychodeliczną, interesującą muzyką, służąca jednak bardziej jako wstęp do płyty, a nie osobny numer. Dalej otrzymujemy już mniej oryginalne, średnio porywające Real, który totalnie zniszczyło moje początkowe dobre wrażenie o krążku. Niby jest przyjemnie – tanecznie i klubowo, ale sam numer, a szczególnie refren jest tak nieskładny i chaotyczny, że odechciewa się go słuchać.

Teraz nareszcie docieramy do mojego ulubionego singla grupy, czyli kawałka Shine, który mnie wprost oczarował. Mamy tu bowiem do czynienia z pięknym połączeniem delikatnego, subtelnego głosu wokalisty z marzycielskim, sielankowym bitem, do którego po czasie dołożono bardziej imprezową, rozrywkową melodie, przy której zapomina się o wszelkich zmartwieniach i aż chcę się bawić . To bez wątpienia musi być hit tego lata! Nie potrafię również przejść obojętnie, obok dwóch moich szczególnych faworytów tego krążka, a konkretnie pozycji King i Desire. To niesamowicie energetyczne synth-popowe numery, przy których nogi same rwą się do tańca, a humor poprawia w ciągu sekundy. Na imprezę i jesienną chandrę, która wielu z nas pewnie niedługo czeka są to pozycje, wręcz obowiązkowe!

Niestety o ile energii płycie nie można odmówić to różnorodność piosenek to już zupełnie inna sprawa. Przesłuchałem krążek kilkakrotnie i nawet teraz mam problem z rozróżnieniem wielu kawałków i rozpoznaniem, który jest który. Wynika to przede wszystkim z faktu, że piosenki są do siebie tak podobne, że czasem ma się wrażenie, jakby słuchało się w kółko, jednego i tego samego. Spora wina jest tu niestety, także wokalisty, który w większości kawałków brzmi niemalże identycznie…

A co zespół ma nam, jeszcze do zaoferowania? Mamy tu choćby taneczne Worship, po wysłuchaniu którego od razu przyszły mi na myśl hity samego Michaela Jacksona, co uważam za sporą zaletę. Warto, także zapoznać się z magicznym numerem Gold, który wprost zachwycił mnie uroczymi, chóralnymi wstawkami i dynamicznym refrenem, wypełnionym pozytywną energią. W tym kawałku nie można się nie zakochać! Nie przypadły mi natomiast do gustu piosenki Without i Border, które na kilometr wieją nudą,a ta druga wydaje się zwykłą podróbką (i do tego marną) wpadających w ucho singli. Dobrze prezentuje się za to zadziorne, buntownicze Ties, flirtujące z klimatami r&b i house. Nie jest to może numer szczególnie wyszukany i oryginalny, ale trzeba przyznać, że chwytliwości i prawdziwego kopa nie można mu odmówić.

Osobny akapit postanowiłem poświęcić niezwykłej piosence, która siedzi w mojej głowie od pierwszego wysłuchania i jakoś nie ma zamiaru jej opuszczać. Mowa, oczywiście o fantastycznej pozycji Eyes Shut. To jedna z niewielu delikatnych i melancholijnych piosenek, zachwycająca pięknymi, kojącymi dźwiękami pianina oraz prawdą i magicznym, cudownym klimatem. Mamy tu co prawda trochę elektroniki, ale w żadnym stopniu nie wpływa ona na urok kawałka. Czemu nie ma na krążku więcej takich pozycji?

Podsumowując: Tak jak się spodziewałem. Bardzo ciężko jest stworzyć elektroniczną płytkę, w której nie będzie się miało wrażenia, że słucha się w kółko tego samego. Właśnie tak jest z Communion. Niby mamy tu, aż 13 różnych piosenek, a ja i tak miałem wrażenie, że każda jest praktycznie identyczna. Nie zmienia to, jednak faktu, że są to numery stojące na bardzo wysokim poziomie, niezwykle taneczne i wpadające w ucho, które z pewnością przypadną do gustu fanom takiej muzyki. Ja w każdym razie jak najbardziej album polecam!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *